W drodze po Koronę Ziemi – wywiad z Miłką Raulin

Mont Blanc, Elbrus, Aconcagua, Denali, Kilimandżaro, Góra Kościuszki, Piramida Carstensza i Masyw Wilsona – Miłka ma już je w swojej wyjątkowej kolekcji. Przed nią góra gór, Mount Everest. Jeśli doda go do swojej listy, zostanie najmłodszą Polką, której udało się zdobyć Koronę Ziemi. Zapraszamy na wywiad z Bogumiłą Raulin, ambasadorką marki Elbrus. 

Podobno każdą wyprawę zaczynasz od magicznych karteczek?

To prawda. Karteczki pojawiły się wiele lat temu, w momencie, gdy straciłam pracę. Postanowiłam wówczas zwizualizować swoje cele, przyciągać tylko te dobre rzeczy. Napisałam więc na karteczkach kilka haseł z marzeniami ( „Mam sponsora na wyprawę” „Zdobędę Denali”, „Była cudowna pogoda”) i powiesiłam je na ścianie. Potem znalazłam pracę, wyjechałam do Warszawy i zapomniałam o nich. Dwa dni przed wyprawą na Denali, kiedy plecak był już spakowany i czekał przy drzwiach, odnalazłam swoje karteczki. Kiedy zobaczyłam, że właśnie spełnia się to, co na nich zapisałam, popłakałam się ze szczęścia.

Teraz mam swoją Ścianę Marzeń. To pierwsza rzecz, jaką widzę po przebudzeniu i myślę, że w jakimś stopniu działa ona na moją podświadomość i kieruje moimi działaniami. Może to wszystko, co mi się przytrafia to przypadek, zbieg okoliczności, ale jeśli tak jest to statystycznie jestem szczęściarą. Podczas mojej ostatniej wyprawy na Antarktydę sponsor, który był ze mną od samego początku, wycofał się. Realizowali właśnie jakiś kosztowny projekt i firma nie mogła mnie wesprzeć. Rozumiałam to. Przybiliśmy sobie piątkę, podziękowaliśmy, a ja i tak, kiedy tylko wróciłam do domu, napisałam na karteczce: „Sponsor jeszcze się rozmyśli i wesprze Siłę Marzeń”. Dwa dni przed wyjazdem dzwoni do mnie prezes i mówi: „Miłka, wchodzimy w to”. Pamiętam, jak na szybko, na kolanie przyszywałam ich logotypy.

Ale karteczki to niejedyny Twój rytuał związany z wyprawami…

Kiedy ruszałam na Aconcaguę, mój synek Jeremi podarował mi rysunek – byłam na nim ja, w połowie drogi na szczyt. Zapytałam go, czemu nie narysował mnie, jak stoję na szczycie i czemu na obrazku nie świeci słońce, które w górach jest przecież wyjątkowo ważne. Jeremi narysował mi więc drugą wersję. Obie zabrałam ze sobą na wyprawę i – jak się później okazało – pokazywały one dokładnie to, co miało się wydarzyć. Byłam już gdzieś na wysokości 6 000 metrów, gdy nastąpiło załamanie pogody. Musiałam zawrócić. Sytuację dodatkowo utrudniał El Nino i myślałam, że to już koniec. Ale po kilku dniach pojawiło się okienko pogodowe, które pozwoliło mi na zdobycie szczytu. Od tego momentu na każdą z wypraw zabieram rysunki Jeremiego.

Jak to się stało, że góry pojawiły się w Twoim życiu? I skąd pomysł na zdobycie Korony Ziemi?

Góry towarzyszyły mi od najmłodszych lat. Kiedy miałam 11 lat, weszłam na Śnieżkę. Przez całą drogę nienawidziłam tej góry, byłam wykończona, ale kiedy w końcu stanęłam na szczycie, widoki okazały się tak piękne, że cały trud zniknął. To właśnie wtedy zakiełkowała we mnie miłość do gór. Przekonanie, że mogę wszystko, pojawiło się, gdy wygrałam wyprawę do Peru. Znalazłam się w gronie 6 osób – z 11 tysięcy – które miały szczęście wygrać wyjazd. To uświadomiło mi, że nie ma dla mnie ograniczeń.
Skąd Korona? Góry to miejsce, w którym ładuję baterie i które uruchamia we mnie lawinę łez, ale tych dobrych, oczyszczających. Niestety, trudno pogodzić pracę na etacie, wychowywanie dziecka i ciągłe przebywanie w górach. Pomyślałam, że gdybym miała jakiś konkretny cel, projekt, mogłabym realizować go w perspektywie lat i bywać tam, gdzie kocham, częściej.

Wróćmy jeszcze na moment do tego Peru, bo z nim również wiąże się niesamowita historia…

Wychodziłam z uczelni i zobaczyłam mężczyznę rozdającego ulotki z informacją o konkursie. Minęłam go, ale coś kazało mi zawrócić. Spytałam, ile może dać mi tych ulotek. Regulamin nie miał żadnych ograniczeń w kwestii ilości zgłoszeń, więc wzięłam wszystkie. Wypełniałam je przez dwie noce, a potem stałam całe wieki przed urną, do której wrzucało się formularze. Wyniki ogłaszano podczas koncertu Closterkeller. Na scenę wywołali kilkanaście osób, w tym mnie i mojego byłego chłopaka, który wrzucił tylko jedno zgłoszenie. Kazali nam dobrać się w pary, ale nie powiedzieli po co. Pierwsza osoba z pary miała zrobić węzeł, którego nie da się rozwiązać. Nie miałam szans z Adamem, więc to on odpowiadał za tę część zadania. Niestety potem się okazało, że moim zadaniem jest węzeł rozplątać. Nie udało mi się. Odpadłam. Ale kiedy schodziłam ze sceny, złapała mnie za rękę dziewczyna. Powiedziała, że ona w zasadzie przyszła tylko na koncert i że jeśli chcę, odstąpi mi swoje miejsce. Kolejne zadania przeszłam bez problemu. Ta dziewczyna tego nie wie, ale odmieniła całe moje życie.

Która z Twoich dotychczasowych wypraw była dla Ciebie najtrudniejsza?

Położone na kole podbiegunowym Denali. Góra jest potwornie zimna, nie ma żadnych udogodnień, takich jak choćby jaki, muły, porterzy. Wszystko trzeba nosić samemu, a jeśli pogoda się zmienia, to nie na kilka dni, ale czasem na całe tygodnie. Niosłam ze sobą jakieś 50 kg – 24 w plecaku, resztę na sankach. Strasznie mnie ten ciężar wbijał w ziemię. Przed samym wejściem na szczyt dostałam obrzęku płuc, ale kiedy jesteś jakieś 15 min przed celem, nie rezygnujesz z niego. Kark bolał mnie potwornie i praktycznie przez cały czas byłam zmuszona patrzeć w ziemię, bo ogromny ciężar uciskał mi nerw i nie byłam w stanie podnieść głowy, która po prostu zwisała na szyi. Bez wewnętrznej woli walki nigdy bym tego nie zrobiła. Wtedy też zrozumiałam, że nie zawsze trzeba być „kozakiem”, że moje ciało jest ciałem kobiety i fizycznie zawsze będę słabsza od mężczyzn w górach, ale psychicznie jestem szalenie wytrzymała.

Samotna wyprawa musi być strasznie trudna, fizycznie i psychicznie. Nie boisz się?

W górach nigdy nie jest się do końca samemu. Po drodze ciągle spotyka się jakichś ludzi. Poza tym jest całe mnóstwo plusów samotnego podróżowania. Nikt ci niczego nie narzuca. Widzisz świat niezaburzony rozmową w Twoim ojczystym języku. Uczysz się tego, jakim jesteś dla siebie kompanem. Jesteś zdana sama na siebie. To bardzo pouczające.
Kiedy wchodziłam na Elbrus, zamarzła mi rurka w bukłaku, a potwornie chciało mi się pić. Byłam wściekła, czułam się bezradna i waliłam w bukłak jak oszalała. Jak nietrudno się domyślić – na marne. Po dłuższej chwili powiedziałam sobie: Miłka, weź głęboki oddech, pomyśl na spokojnie, nie trać niepotrzebnie energii i działaj z głową. Wsadziłam bukłak pod pachę i się rozmroził.

Takie historie nauczyły mnie, że panika nie jest dobrym rozwiązaniem w kryzysowej sytuacji. Dziś widzę, jak wiele niewłaściwych decyzji podejmowałam, a jednocześnie cały czas się uczę, bo świadomość w górach, jak i w życiu, jest szalenie ważna. Do moich wypraw wysokogórskich przygotowuję się z profesjonalistami, m.in. z Piotrem Sztabą, instruktorem PZA. Piotr uczy mnie przede wszystkim tego, jak w górach minimalizować ryzyko. Teoria teorią, ale na szkoleniach mamy przede wszystkim zajęcia praktyczne. Na szkoleniu lawinowym dałam się zakopać pod 1,5-metrową warstwą śniegu. Choć wszystko odbywało się w warunkach kontrolowanych, strasznie to przeżyłam. Totalna ciemność, brak możliwości wykonania jakiegokolwiek ruchu, gigantyczny ciężar śniegu przygniatający całe Twoje ciało i zapas powietrza na kilka, może kilkanaście minut uświadamia, jak szybko musisz działać, by uratować komuś życie i jak ważna jest wiedza, by minimalizować w górach ryzyko.

Z zawodu jesteś magistrem inżynierem trakcji elektrycznej… Zajmujesz się wdrażaniem nowych technologii. To nie wszystkie dziewczynki chcą być aktorkami albo piosenkarkami?

Ja zawsze lubiłam zabawy ze śrubokrętem i wiertarką. Nie wszystkie dziewczynki marzą o tym, by chodzić w różowych sukienkach. Wstyd się przyznać, ale w podstawówce biłam się na przerwach z chłopakami, a w technikum trzymałam z łobuzami. Jakoś nadzwyczaj dobrze czułam się w ich towarzystwie. Może dlatego, że sama byłam łobuzem (śmiech).
Pochodzę z rodziny, w której się nie przelewało. Rodzice byli muzykami: mama śpiewaczką operową (potem nauczycielką), tata trębaczem. Choć rodzice namawiali mnie i moje siostry, żebyśmy poszły w ich muzyczne ślady, każda z nas wybrała inną zawodową i wyspecjalizowaną ścieżkę.
Studia na wydziale elektrycznym to efekt eliminacji: odrzucenia tego, w czym czułam się źle i postawienia na to w czym – jako umysł ścisły – czułam się dobrze.

Na wszelki wypadek zdobywasz 9 szczytów, nie 7. Dlaczego?

Jako pierwszy na pomysł zdobycia najwyższych szczytów ziemi wpadł amerykański biznesman Richard Bass. W jego wersji były to: Ameryka Północna, Ameryka Południowa, Europa, Azja, Afryka, Antarktyda i Australia. Dokonania Bassa podważył alpinista Reinhold Messner, który uważał, że pod uwagę należy brać nie samą Australię, ale Australię i Oceanię, a tam najwyższym szczytem nie jest Góra Kościuszki, ale Piramida Carstensza. Kolejne wątpliwości są związane z najwyższym szczytem Europy. Zdaniem jednych to Mont Blanc, zdaniem drugich – Elbrus. Więc teraz – żeby nie było żadnych wątpliwości – wszyscy wchodzimy na 9 szczytów, nie na 7.

Podobno w Papui spotkałaś kanibali. To prawda?

Gdybym ich spotkała, pewnie wylądowałabym w garnku i dziś byśmy już nie rozmawiały. Ale faktycznie, trafiłam tam na bardzo dzikie plemiona, które praktykują dość niezrozumiałe dla nas zwyczaje. Na przykład po śmierci bliskiej osoby obcinają sobie palec na znak żałoby.
Co więcej, plemiona te są nauczone, że każdy biały, który chce przejść przez ich ziemie, musi zapłacić haracz. W drodze na szczyt takich zatrzymań mieliśmy trzy. W dwóch pierwszych przypadkach wiązało się to z kilkugodzinnymi negocjacjami i wysoką opłatą za przejazd przez papuaską ziemię. W trzeciej wiosce musieliśmy spędzić aż trzy dni nim pozwolono nam iść dalej. Trudno jednak stawiać opór w kontaktach z ludźmi, którzy mają broń palną, białą broń, a do tego bardzo skutecznie zabijają z procy, o czym miałam okazję przekonać się na własne oczy. Największym wyzwaniem okazały się jednak nie spotkania z tubylcami, ale nielegalne przejście przez największą odkrywkową kopalnię złota.

Dlaczego wybrałaś tę drogę?

Po pierwsze, pozwalała na powrót w kilka godzin, a nie kilka dni. Po drugie, nie chciałam już ryzykować spotkań z plemionami i kolejnych przymusowych pobytów w wioskach. Tę samą decyzję podjęli moi współtowarzysze, więc przez kopalnie szłam z dwoma Brytyjkami i Szwedem. Był dokładnie Nowy Rok, gdy dostaliśmy się do czegoś, co można by nazwać dyspozytornią. Zostaliśmy zatrzymani i powiedziano nam, że musimy czekać aż przyjedzie „banana boss” i zdecyduje, co z nami zrobić. Zostaliśmy wywiezieni do czegoś, co przypominało wielkie kontenery na statkach. Było zimno i brudno, nie mieliśmy śpiworów, nie mieliśmy już jedzenia. Jak się jednak okazało nieopodal miejsca, do którego nas wywieziono, nocowali też Papuasi i to z nimi spędziliśmy kolejne trzy dni – w totalnym brudzie, jedząc to, czym się z nami podzielili.

Po trzech dniach miałam dość i podjęłam próbę połączenia się z polską ambasadą w Jakarcie. To dzięki niej ostatecznie udało nam się stamtąd wydostać.

Na koniec powiedz jeszcze, jak wyglądają Twoje przygotowania do wypraw?

Staram się biegać maratony i półmaratony, żeby zwiększyć wydolność serca. Do biegania dochodzą wszelkiego rodzaju aktywności, zwiększające ogólną sprawność organizmu: rower, wchodzenie po schodach. Muszę też popracować nad rękami, więc czekają mnie wizyty na siłowni. Przyznaję, trudno mi się do tego zmusić, bo tam ptaki nie śpiewają i nie ma pięknych widoków jak w lesie, który mam tuż pod moim nosem.

Życzymy powodzenia na Mount Evereście i czekamy na relację ze zdobywania szczytu!

Zdjęcia:

Siła Marzeń – Miłka Raulin

www.bogumilaraulin.pl

 

Aktywna Redakcja

Aktywna Redakcja

W roli głosu redakcyjnego będziemy zadawać pytania, robić wywiady z inspirującymi ludźmi, informować o ciekawych eventach i tworzyć treści przy współpracy ze specjalistami z danej dyscypliny.
Copyright © 2017 Profil Aktywny. All rights reserved. Portal sponsorowany przez Grupę Kapitałową Martes Sport.
Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.