Zdobądź Koronę Ziemi z Miłką Raulin – Europa i Ameryka

Marzycie o zdobyciu Korony Ziemi? A może Wasze noworoczne postanowienie dotyczy zdobycia najwyższego szczytu jednego z kontynentów? Jeśli tak, nie odkładajcie marzeń na dłużej i koniecznie zacznijcie planować wyprawę! Co zabrać? O czym warto wiedzieć? Na co się przygotować? Nikt nie da Wam lepszych rad niż osoba, która już tam była – Miłka Raulin. A zainteresowanych tematem zachęcamy również do przeczytania drugiej części porad dotyczących zdobywania Korony Ziemi.

Miłka Raulin w tym roku stanie przed szansą zostania najmłodszą Polką, która zdobyła Koronę Ziemi. Stanęła już na szczycie Mont Blanc, Elbrus, Aconcagua, Denali, Kilimandżaro, Góry Kościuszki, Piramidy Carstensza i Masywu Vinsona, a w maju do tej listy chce dodać ostatnią z gór: Mount Everest. Co warte odnotowania, Miłka należy do osób, które samodzielnie organizują wyjazdy (oczywiście wyłącznie do miejsc, w których jest to możliwe), gdyż wychodzi z założenia, że to nie tylko obniża koszty projektu, ale też uczy logistycznego podejścia i daje mnóstwo satysfakcji. Taka wiedza to skarb! Postanowiliśmy to wykorzystać i poprosić Miłkę, by przygotowała dla Was praktyczny przewodnik po szczytach należących do Korony Ziemi. Dziś prezentujemy Wam część pierwszą, opisującą wyprawy na najwyższe szczyty w Europie, Ameryce Północnej i Ameryce Południowej. Czas oddać głos specjalistce.

Myśląc o samodzielnej wyprawie, nie warto ulegać szaleństwu. Zresztą czasami jest to zwyczajnie niemożliwe, choćby w przypadku wyprawy na Antarktydę i zdobywania szczytu Mount Wilson. W tym wypadku po prostu musisz mieć odpowiednie wsparcie. Z pomocy agencji z całą pewnością należy skorzystać również przy wejściu na Piramidę Carstensza. Droga do Base Campu prowadzi bowiem przez tereny zamieszkane przez tubylców. W niektórych z tych wiosek akty kanibalizmu miały miejsce jeszcze w 2008 roku.

Korona Ziemi to najwyższe szczyty kontynentów. Sprawdź na naszej mapie, które góry musisz zdobyć, by Korona Ziemi należała również do Ciebie.

Korona Ziemi: 4 zasady, o których warto pamiętać

1. Kondycja fizyczna

Jeśli ktoś jest typem kanapowca, wejście na szczyt może być problemem. Jeśli jednak należysz do osób aktywnych, które regularnie biegają, chodzą na siłownię, uprawiają jakiś inny sport, nie potrzeba większych przygotowań. Ja swoje treningi intensyfikuję ok. 3 miesięcy przed planowanym wejściem.

2. Dokumenty

Dokumenty, o których trzeba pamiętać, to:
– wizy, co ważne, nie tylko do krajów, do których się udajemy, ale też – w przypadku międzylądowania – wizy tranzytowe
– permity, czyli pozwolenia na wejście na górę – kupuje się je przy wejściu do parku lub w odpowiednich departamentach ministerstwa turystyki
– ważny paszport – należy mieć świadomość, że niektóre kraje wymagają, by był on ważny co najmniej 6 miesięcy od momentu przekroczenia granicy!
– żółta książeczka z aktualnymi szczepieniami

Wszystkie dokumenty mam nie tylko w wersji papierowej, ale też elektronicznej: we Flashu i dodatkowo na mailu, abym mogła je wysłać w dowolne miejsce w dowolnej chwili.

3. Witaminy

Miesiąc przed podróżą zaczynam uzupełniać podstawowe witaminy i minerały w organizmie. Magnez, witaminy B6 i B12 to podstawa. W 2010 roku, podczas zdobywania Island Peak, mocno odczułam jego braki. Uciążliwe skurcze łydek dokuczały mi do tego stopnia, że kolana i łydki musiałam obwijać elastycznymi bandażami. Polecam też pyłek kwiatowy.

4. Ubezpieczenie

Kupując ubezpieczenie, należy pamiętać o odpowiednich klauzulach: kupujemy do wysokości, na jaką wchodzimy i takie, które uwzględnia uprawianie sportów wysokiego ryzyka. Z ubezpieczeniami bywa jednak różnie, a zwrot środków z ubezpieczalni zależy często od opisu sytuacji waszego przypadku.

Fot: Siła Marzeń – Miłki Raulin

EUROPA

Elbrus: 5642 m n.p.m. (najwyższy szczyt Europy wg himalaistów)

Kiedy jechać?

W sezonie letnim wejście na Elbrus nie wymaga specjalistycznego sprzętu wspinaczkowego. Obowiązkiem są oczywiście raki i czekan, a pomocniczo warto zabrać ze sobą kijki teleskopowe.

O czym warto pamiętać?

1. Dokumenty

Każdy kto wybiera się do Rosji zobowiązany jest posiadać wizę czy to turystyczną czy biznesową. Wiza turystyczna uprawnia do jednokrotnego wjazdu do Federacji Rosyjskiej na czas określony do 30 dni. W trakcie pobytu w Rosji możemy być także poproszeni o pokazanie ubezpieczenia, dlatego dokument ten również powinien figurować na liście rzeczy obowiązkowych!

2. Meldunek

Pobyt dłuższy niż 7 dni wiąże się z obowiązkiem meldunkowym – należy się z niego wywiązać najpóźniej do 7 dnia roboczego od momentu przekroczenia granicy. Jeśli nocujesz w hotelu, najprawdopodobniej to on dokona potrzebnej rejestracji (koniecznie jednak to sprawdź!). Jeśli planujesz spać w hostelu, schronisku lub na kwaterze prywatnej, musisz zgłosić się do miejscowego oddziału Służby Migracyjnej tzw. OVIR. Oczywiście wiąże się to z dodatkową opłatą.

Wejście na szczyt

Każdą wyprawę staram się dokładnie planować, ale rzeczywistość bardzo często wymaga ode mnie elastyczności i dostosowania się do sytuacji. Nie inaczej było w przypadku Elbrusa. Zgodnie z planem miałam podchodzić wzdłuż kolejki, celem zdobycia lepszej aklimatyzacji. Kilku podejrzanych typów i ich obserwacja sprawiło, że ostatecznie postanowiłam wjechać kolejką. Z polany Azau ruszają dwie kolejki linowe. Jedna nowa, druga trochę bardziej wyeksploatowana, ale dzięki temu tańsza.

Ze stacji końcowej w Mir na wysokości 3 323 m n.p.m. do schroniska w Priut na wysokości 4 100 m n.p.m. trzeba już podreptać samemu, w każdym razie ja tak zrobiłam. Bardziej wygodni podjeżdżają ratrakiem. Namiot można tutaj rozbić przy starym schronisku (lewa strona). Trochę powyżej są też kontenery noclegowe. Jest jeszcze trzecia opcja, z której ja waśnie skorzystałam: po prawej stronie schroniska znajdują się kontenery tutejszego GOPR-u, a tuż za nimi miejsce na rozbicie namiotu między skałami.

Z Priuta wyruszyłam po godzinie 5. Towarzyszyło mi dwóch pracowników służb górskich. Bez odpowiedniej aklimatyzacji byłam jednak bardzo powolna. Już po kilkunastu minutach, kiedy wyszliśmy na zbocze nieosłonięte przez skały, uderzył we mnie silny podmuch wiatru. Pomimo słońca, które wyłaniało się zza horyzontu, było bardzo zimno. Na całe szczęście pomogły litry płynów wypite poprzedniego dnia i połówka aspiryny wzięta profilaktycznie na noc.

Kiedy zobaczyłam strome wzniesienie lodowca, przeraziłam się. Silny wiatr nawiewał drobinki lodu i śniegu, a te jak ostre igiełki wbijały mi się w policzki. Za każdym razem, gdy uderzał w nas silnych podmuch wiatru, rakami wbijałam się mocno w zbocze, padałam na kolana, a głowę chowałam pomiędzy nimi. Tak było bezpieczniej. Czekałam, aż przestanie wiać silny wiatr i jak tylko się uspakajało ruszałam do góry.

Trasa pod sam wierzchołek była otyczkowana. Moim celem stało się zatem pokonywanie odcinków od tyczki do tyczki. Nie było to proste, bo lodowate powietrze mroziło płuca, a oddychanie nosem nie zawsze było możliwe. Kiedy zobaczyłam szczyt, poczułam jednak przypływ energii. Sam wierzchołek jest małym, około 20-metrowym wzniesieniem w stosunku do plateau, po którym się przemieszczałam. Na szczycie leży nieduży głaz, a na nim widać proporczyki. Obok dwie tablice, niestety rozbite, wiec ciężko rozpoznać co upamiętniają.

Zejście było dla mnie ogromnym wyzwaniem. Po pierwsze, byłam odwodniona, wychłodzona i wyczerpana. Po drugie, musiałam bardzo uważać, schodząc ze stromego zbocza. Po trzecie, rurka i ustnik od bukłaka zamarzły, a mi potwornie chciało się pić. Nie pomogło rozgrzewanie, kręcenie i plucie do środka. Dopiero włożenie bukłaka pod warstwy ubrań rozwiązało sprawę.

Pogoda robiła się coraz gorsza, a mgła ograniczała widoczność do 10 metrów. Wypatrywałam tyczek i jak tylko jakaś pojawiła się na horyzoncie, czym prędzej się do niej rzucałam. Warto bowiem wiedzieć, że tyczki to wskaźniki, których bezwzględnie należy się trzymać. Nawet niewielkie zejście z trasy może prowadzić do błędu. Problemy z odnalezieniem trasy spowodowane załamaniem pogody są najczęstszą przyczyną wypadków na Elbrusie i znacznie zwiększają ryzyko spadnięcia ze zbocza lub wpadnięcia do szczeliny.

Tak właśnie zdobywałam Elbrusa. I tak zdecydowanie nie należy go zdobywać! Podczas tego wyjazdu popełniłam całe mnóstwo błędów, równocześnie odbierając solidną lekcję pokory. Jest bowiem kilka rzeczy, o których bezwzględnie należy pamiętać:

  1. Musicie być dobrze nawodnieni.
  2. Bardzo ważna jest stopniowa aklimatyzacja. Po przyjeździe należy odpocząć co najmniej dobę, a na górę trzeba wchodzić stopniowo. Wyjazd kolejką na 3 300 metrów to bardzo zły pomysł. Jeśli już ktoś, jak ja wtedy, zdecyduje się na dotarcie do bazy kolejką, trzeba zadbać o odpowiednie leki, które zaklimatyzują organizm.
  3. Pamiętajcie o tym, by sprzęt i odzież, które zabieracie, były dostosowane do temperatury, w jakiej będziecie się wspinać. Elbrus to zimny i bardzo wietrzny przeciwnik.
  4. Śledźcie pogodę, obserwujcie wszystkie zmiany. Jeśli wiatr jest silny, jeśli jest mgła – zawróćcie i czekajcie na okno pogodowe. Bezpieczeństwo jest najważniejsze.

Mont Blanc: 4808,72 m n.p.m. (najwyższy szczyt wg Międzynarodowej Unii Geograficznej)

Kiedy jechać?

Na Mont Blanc wchodziłam dwukrotnie: w 2008 i 2016 roku. Najbardziej optymalny czas do zdobywania tego szczytu to sezon letni, czyli lipiec-sierpień.

O czym warto pamiętać?

1. Aklimatyzacja

Najlepiej przed Mt Blanc zdobyć prosty 4-tysięcznik, na przykład Gran Paradiso.

2. Droga

Do schroniska w Nid d’Aigle (tzw. Orlego Gniazda) możecie dotrzeć na dwa sposoby. Możecie wziąć kolejkę linową w Bellevue, a następnie przesiąść się na Tramwaj du Mont Blanc do Nid D’Aigle. Alternatywą jest kilkugodzinny marsz do Nid d’Aigle, gdzie znajduje się końcowa stacja kolejki położona u podnóża Mt Blanc.

3. Schroniska

Z Nid d’Aigle pierwszego dnia warto dojść do Tete Rousse (3 200 m n.p.m.). Tu proponowałabym spędzić 2 noclegi celem zaaklimatyzowania się. W schronisku Tete Rousse jest możliwość noclegu bez wstępnej rezerwacji, jeśli tylko jest miejsce. Można tam również rozbić namiot (rzecz jasna po uprzednim zgłoszeniu), a wodę brać z lodowcowego strumyczka (w innym wypadku trzeba topić śnieg albo płacić 6 euro za butelkę).

W schronisku Goutier konieczna jest rezerwacja! Rezerwacje ruszają w kwietniu i rozchodzą się w przeciągu kilku dni. Jeśli jesteś zmęczony, a chcesz spać w schronisku Goutier bez rezerwacji, będziesz musiał spać w buciarni za 80 euro (miejsce gdzie wszyscy zostawiają buty ekspedycyjne i cały sprzęt).

Zdobycie szczytu

Ze schroniska Gourier śmiało można atakować szczyt. Wszyscy wychodzą ok. 2 w nocy, ale jeśli ktoś będzie utrzymywał równe tempo, można wyruszyć nieco później, jednak nie później niż o 4.00. Na szczycie trzeba bowiem być pomiędzy 8:00 a 10:00, gdyż wówczas mamy największą gwarancję, że pogoda będzie dobra (po południu pogoda w górach lubi być kapryśna). Dojście do Vallota zajmuje 2h. W schronisku jest tłok, ale można się zatrzymać i coś zjeść lub po prostu odpocząć.

Trasa do schroniska Vallot nie jest bardzo trudna technicznie. Trawersuje się zbocze lodowca. Potem jednak trasa zmienia swój charakter. Trzeba być też bardzo uważnym, gdyż spora część trasy ze schroniska Vallot na szczyt to przejście granią. Czas przejścia ze schronu na szczyt, w umiarkowanym tempie, z przerwami to 2,5 – 3h.

Ze szczytu można zejść do Goutier (jeśli miało się rezerwację) albo od razu do Tete Rousse. Można też zejść do tramwaju, ale wydaje mi się, że generuje to pośpiech, który przy zejściu z grani nie jest wskazany.

AMERYKA PÓŁNOCNA

Denali: 6190 m n.p.m. (do 2015 roku szczyt nosił nazwę Mount McKinley)

Kiedy jechać?

Do zimnej krainy Indian Atabasków poleciałam w czerwcu 2015 roku. W tym okresie jest co prawda trochę zimno, co może stanowić minus, ale z drugiej strony lód jest bardzo zbity, co minimalizuje ryzyko powstawania jakichś niebezpiecznych szczelin. Na Denali można też jechać w lipcu, ale wtedy zmienia się temperatura, więc lepszym rozwiązaniem będzie czerwiec.

Co warto wiedzieć?

1. Sprzęt

Latarka jest zbędna. Nie ma tutaj czegoś takiego jak ciemność, nawet w środku nocy.

Nawet jeśli pogoda jest naprawdę dobra (brak niskich temperatur), warto wziąć kuchenkę paliwową. Ale UWAGA w niskich temperaturach spala się jedynie propan (nierozgrzana butla propan-butan może nas zaczadzić albo zafundować nam depilację twarzy).

Damski lejek to najważniejszy babski atrybut wyprawy! Wiadro na potrzebę nr 2, które otrzymuje się jeszcze w Thalkeetnie przy rejestracji wyprawy, bierzemy ze sobą wszędzie poza atakiem szczytowym.

2. Depozyt

Rangersi mówią, żeby głęboko zakopywać depozyty na lodowcu, ponieważ „grasują” na nim wielkie ptaki, które podobno wykopują depozyty i rozrzucają śmieci. W życiu większej bzdury nie słyszałam! Na lodowcu nie widziałam żadnych ptaków, a ta bajka jest po to, żeby wyłudzać pieniądze od wspinaczy (bardzo wysokie kary), którzy ponoć niedbale zakopali depozyt.

3. Droga do High Campu

Od momentu wylądowania na lodowcu (5 czerwca) do czasu ataku szczytowego minęło 11 dni, przy czym 8,9 i 10 czerwca miałam przymusowy postój z powodu złej pogody. Samej wspinaczki było JEDYNIE 7 dni. Trzeba jednak zdawać sobie sprawę, że w przypadku tej góry okno pogodowe i możliwości wspinaczki to gwarancja sukcesu.

Na lodowiec Kahiltna leciałam z małego miasteczka Talkeetny. Po spędzeniu nocy w Base Campie (2 200 m n.p.m.) wyruszyłam do obozu I – z 24-kilogramowym plecakiem i sankami o masie ok. 30 kilogramów. Było bardzo ciężko. Dopiero po godzinie zorientowałam się, że idę z tak zwanym hamulcem, czyli grubą liną powiązaną w supły, służącą do zmniejszenia prędkości sanek podczas schodzenia.

Po noclegu w obozie I ruszyłam do obozu III (3330 m n.p.m.; obóz drugi jest obozem przechodnim i właściwie nikt w nim nie zostaje). Ze względu na złą pogodę nie dotarłam jednak do celu i zatrzymałam się pomiędzy II a III. Padał bardzo obfity śnieg i wiał wiatr. W ciągu kolejnych dób spadało ok. metra śniegu. W tych warunkach odśnieżanie namiotu konieczne jest co 2-3 h.

Dopiero trzeciego dnia udało mi się dojść do celu (pomaga GPS wgrany w zegarek). Kolejnego dnia ruszyłam aklimatyzacyjnie do obozu IV (4330 m n.p.m.) i zeszłam na dół, żeby przespać się w trójce. Po dotarciu do czwórki byłam zmęczona i chciałam mieć jeden dzień odpoczynku, ale presja pogody była tak duża, że następnego dnia padła decyzja podejścia do V (5240 m n.p.m.) z depozytem i powrót do IV na nocleg.

Czułam się coraz gorzej. Zaczęła mnie boleć szyja i ciężko mi było utrzymać głowę. Po prostu bezwładnie wisiała, a ja nie umiałam jej podnieść, najprawdopodobniej z powodu nadwyrężenia mięśni lub ucisku jakiegoś nerwu. Leki przeciwbólowe i maść niewiele pomagały.

Podejście do High Campu to jeden z trudniejszych etapów wyprawy. Trzeba było pokonać ponad 600-metrowe przewyższenie. Część podejścia jest poręczowana od połowy aż do grani (tzw. Head Wall). Następnie trzeba pokonać grzbiet grani, która momentami ma szerokość jednej stopy, ciągnie się przez dłuższą chwilę i ma 300 m przewyższenia.

Zdobycie szczytu

16 lipca po 11 dniach wędrówki po lodowcu z obolałymi mięśniami karku i szyi o godzinie 12:00 wyruszyłam z High Campu na najwyższy szczyt Ameryki Północnej. Na pierwszym podejściu (ten odcinek ataku szczytowego nazywa się Autobahn) stałam w korku – przede mną ciągnął się sznurek ludzi. Po jego pokonaniu miałam nadzieję choć na kawałek wypłaszczenia, ale nic z tego. Droga prowadziła ciągle pod górę!

Zasada przy ataku szczytowym jest taka, że żeby było cieplej, wychodzi się po wschodzie słońca. W związku z tym, że byłam jedną z ostatnich osób, które opuszczały obóz, idąc mozolnie w górę, mijałam kolejne schodzące ekipy. W bardziej ryzykownych miejscach wpinałam linę w założone przez rangersów punkty asekuracyjne, co jeszcze bardziej spowalniało wędrówkę.

Denali było dla mnie chyba najtrudniejszą górą, z jaką do tej pory się zmierzyłam. Choć w zasadzie moim przeciwnikiem nie był Mt McKinley, tylko moje ciało. Starałam się wpaść w rytm, ale brakowało mi powietrza, tak jakby mi ktoś je porcjował przy każdej próbie przyspieszenia. Wlokłam się jak żółw nawet na wypłaszczeniu zwanym „Football field”. Na 200-metrowe wzniesienie tzw. „Pig Hill” weszłam z dużą trudnością. Wiedziałam, że muszę szybko wziąć diuramid – lek przeciw wysokościowemu obrzękowi płuc. Choć nie czułam się najlepiej, miałam dość sił, żeby wrócić, dlatego kiedy zobaczyłam, że do Denali zostało mi tylko 50 metrów, kierunek mógł być tylko jeden. Zdobyć szczyt i wrócić jak najszybciej do obozu V.

AMERYKA POŁUDNIOWA

Aconcagua, 6 962 m n.p.m. (Cerro Aconcagua, czyli Kamienny Strażnik)

Kiedy jechać?

Do Ameryki Południowej wybrałam się w lutym (z lotniska w Santiago de Chile wzięłam autobus do Mendozy). Luty jest podobno dobrym okresem wspinaczkowym, ponieważ jest to końcówka sezonu, w którym nie jest aż tak chimeryczna i charakteryzuje się większą stabilnością.

O czym warto pamiętać?

1. Permit

Aby wejść na Aconcaguę trzeba mieć pozwolenie na wspinaczkę (po jego wykupieniu pobyt w Parku Narodowym nie może przekroczyć 20 dni). Koszt permitu rośnie z roku na rok – jego wysokość możemy sprawdzić na stronie parku. Można jednak liczyć na zniżki. Na przykład jeśli nie korzystamy z usług agencji turystycznej to w sezonie średnim za pozwolenie zapłacimy więcej niż w sytuacji, gdy będziemy korzystać np. z mułów jednej z agencji. Co więcej, koszt mułów można podzielić z kimś na pół. Ale po kolei:

A. Udaj się do agencji turystycznej i wynajmij muły.
B. Z dokumentem potwierdzającym wynajęcie mułów udaj się do ministerstwa turystyki w Mendozie  i zarejestruj się elektronicznie.
C. Po otrzymaniu papierka dokonuj opłaty w PAGO FACIL (znajduje się za rogiem ministerstwa w Mendozie).
D. Z potwierdzeniem wpłaty wracasz do ministerstwa i ono wydaje Ci permit.
E. Obecnie rząd argentyński wprowadził konieczność korzystania z przewodników, a wspinaczka na szczyt w pojedynkę jest nielegalna.

Wejście na szczyt

Technicznie Aconcagua to góra dość prosta. Największym niebezpieczeństwem są duże zmiany pogody, zimno i porywisty wiatr. Ja wybrałam trasę wejścia doliną Horkones, ale moja baza znajdowała się w Plaza de Mulas (4 300m n.p.m.). To tu spędziłam większość czasu, aklimatyzując się. Tutaj również miałam drugie spotkanie z lekarzem, który decyduje, czy można zaczynać aklimatyzację w wyższych partiach. Stąd trasa wyglądała następująco: obóz Nido de Condores, obóz Berlin, obóz Colera i z niego atak na szczyt, a następnie powrót do bazy w Plaza de Mulas.

W schronisku Elena na wysokości ok. 6 200 m wiał silny wiatr (ok. 65km/h przy temp. -18 st C). Warunki były naprawdę ciężkie. Przy pierwszym podejściu w połowie drogi na szczyt musiałam zawrócić. Pogoda była fatalna, a ja źle się czułam. Musiałam zejść do bazy. Na całe szczęście po kilku dniach pojawiło się okno pogodowe, które pozwoliło mi na zdobycie szczytu.

Zapraszamy również na blog Miłki Raulin.

Aktywna Redakcja

Aktywna Redakcja

W roli głosu redakcyjnego będziemy zadawać pytania, robić wywiady z inspirującymi ludźmi, informować o ciekawych eventach i tworzyć treści przy współpracy ze specjalistami z danej dyscypliny.
Copyright © 2018 Profil Aktywny. All rights reserved. Portal sponsorowany przez Grupę Kapitałową Martes Sport.
Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.