Zdobądź Koronę Ziemi z Miłką Raulin – Afryka, Australia i Antarktyda

Dziś razem z Miłką Raulin ruszamy w drugą część wyprawy, której celem jest Korona Ziemi. Co może Was zaskoczyć, kiedy na szczyt Piramidy Cerstensza przedzieracie się przez dżunglę, jakie trudność czekają na mroźnej Antarktydzie i dlaczego Góra Kościuszki nie zawsze bywa przysłowiową bułką z masłem? Oddajemy głos naszej specjalistce! A zainteresowanych tematem zachęcamy również do przeczytania pierwszej części porad dotyczących zdobywania Korony Ziemi.

AFRYKA

Kilimandżaro (Kibo): 5 895 m n.p.m.

Kiedy jechać?

Moja wyprawa do Kenii i Tanzanii, której głównym celem było zdobycie najwyższej góry kontynentu afrykańskiego, trwała, łącznie z wyprawą na safari, 3,5 tygodnia, a jej początek przypadał na 23 dzień października 2011 roku. W Afryce jest wówczas pora sucha, a temperatury wynoszą ok. 28-30 stopni.

O czym warto pamiętać?

1. Przewodnik

Można zrezygnować z tragarza, co też zrobiłam, ale – choć droga na szczyt nie wydaje się skomplikowana – obecność przewodnika w trakcie zdobywania Kili jest obowiązkowa. Do parku narodowego bez przewodnika nie wejdziemy

2. Żółta książeczka, a w niej pieczątka potwierdzająca, że jesteśmy zaszczepieni na żółtą febrę.

3. Leki na malarię, np. malarone (trzeba pamiętać, że stosowanie ich rozpoczyna się kilka tygodni przed wyprawą). Ja ich nie używałam, ale decyzję o tym czy brać malarone zostawiam dla Was

4. Moskitiera, silny środek owadobójczy i witamina B (jej zapach wydzielany przez naszą skórę spowoduje, że komary będą nami mniej zainteresowane).

5. Nocleg

Moshi to niewielkie miasto położone kilkadziesiąt kilometrów od najwyższego szczytu afrykańskiego. Dlatego też jest to główny punkt startowy na wulkan Kibo. Tu znajdują się liczne agencje zajmujące się wspinaczką wysokogórską oraz safari. Do Moshi dotrzemy autobusem z Arushy bądź z bardziej odległego Dar es Salam czy Nairobi. Od razu po wyjściu z autobusu zaatakuje nas milion naganiaczy, przekonując, że to właśnie ich agencja organizuje najlepsze safari czy trekking.

Zdobywanie szczytu

Wyprawa trwała 6 dni. Wyruszyłam spod bramy Machame Gate, a koniec mojej trasy znajdował się w Mweka Gate. Mocno odbiegało to od moich planów, w których początek i koniec wyprawy miał być w Marangu Gate. Pierwsze 5 dni pokonywałam z plecakiem w przeciwieństwie do moich współtowarzyszy w grupie, którzy szli na lekko. Może to dlatego w dniu ataku szczytowego dostałam skrzydeł, bo nagle szłam bez 15-kilogramowego obciążenia. 30 października 2011 o godzinie 6.45 lokalnego czasu stanęłam na najwyższym szczycie kontynentu afrykańskiego. Po 6,5 godzinach marszu w mroźnym i silnym wietrze podziwiałam wschód słońca na wysokości 5 730 m n.p.m. w punkcie Stella Point. Stąd od najwyższego punktu Kibo dzieliło mnie ok. 30 minut i 165 m wysokości. W trakcie ataku szczytowego temperatura wynosiła -7 stopni, ale przez silny wiatr temperatura odczuwalna była ok. 15 stopni niższa. Uhuru Peak (szczyt wolności) mnie nie zaskoczyło, ale nie taką temperaturę wyobrażałam sobie na dachu Afryki!

AUSTRALIA I OCEANIA

Piramida Cerstensza, 4 884 m n.p.m.

Kiedy jechać?

Każda pora jest równie dobra, bo góra leży w strefie okołorównikowej, co oznacza, że deszcz pada tam praktycznie nieustannie. Najwyższy szczyt Australii i Oceanii zdobyłam w grudniu. Dokładnie w sylwestra 2014 roku.

O czym pamiętać?

1. Nieprzewidziane sytuacje

Na Bali było ich sporo. Po pierwsze, w żadnym z bankomatów, które odwiedziłam, nie było możliwości wypłaty USD, tak jak to było opisywane na wielu blogach podróżniczych. Nawet gdy sprawę chciałam załatwić w moim banku, okazało się, że obsługuje on jedynie indonezyjskich klientów.

Po drugie, w związku z okresem świątecznym mój lot z Timiki do Sugapy został przesunięty na rzecz rezerwacji miejscowych. To oni w pierwszej kolejności, jako mieszkańcy tego rejonu, mieli prawo wrócić do swoich domów. Po trzecie, w związku z ulewami loty były realizowane tylko do godziny 13.

I sprawa ostatnia: by przyspieszyć mój lot do Tymiki, mój przewodnik postanowił skorzystać z dobrze znanych i sprawdzonych metod. Tu porozmawiał, tam podszedł i na lotnisku ni stąd ni zowąd pojawił się funkcjonariusz policji imigracyjnej w celu przyjęcia 10 000 000 Rupi łapówki (ok. 800 $). Oczywiście, by wylecieć, musieliśmy pokryć ten koszt.

2. Blokady drogi w dżungli, czyli tzw. roadblock

Aby dostać się do Base Campu (4 330 m n.p.m.), trzeba 7 dni maszerować przez dżunglę. Nim jednak dotarłam do ściany równikowego lasu musiałam przedostać się z Sugapy do Suangapy.

Chwilę po tym jak wyruszyłam z Sugapy trafiłam na dwie blokady w wykonaniu miejscowej ludności. W trakcie pierwszego przymusowego zatrzymania zapłaciliśmy 7 mln Rupi (za możliwość przejazdu przez ,,ich” teren). Jak się potem okazało, ze względu na okres świąteczny pobierana od nas kwota była dwukrotnie wyższa od ,,tutejszych standardów”. Na drugim roadblocku Papuasi nie puścili nas dalej ze względu na święta Bożego Narodzenia (tak, tu też się je obchodzi!). Negocjacje trwały do zmroku, zaczął padać deszcz i ludzie zaczęli rozchodzić się do swoich chat. Myślę, że spędziliśmy na rozstaju dróg około 4 godzin nim wódz plemienia Moni ostatecznie podjął decyzje, że ruszymy w dalszą drogę. Musiałam więc zostać w wiosce Janamba.

Wejście na szczyt

Wszyscy mówią, że trekking przez dżunglę jest straszny, oceniając go w 10-stopniowej skali na mocną dychę. Ja nie odczułam trudnej strony siedmiodniowej przeprawy przez gęsty las. Fakt, nieustannie padający deszcz, który sprawiał, że wszystko było mokre, czy gumiaki, które powodowały odciski i rany na stopach nie należały do rzeczy przyjemnych, ale dżungla była magiczna. Las ciągle się zmieniał, korzenie drzew unosiły się metr nad ziemią, a człowiek czuł się jak małe dziecko.

Dla mnie to był jeden z łatwiejszych trekkingów i szczytów. Czułam się świetnie i wątpię, abym mogła to przypisać wyłącznie świetnemu przygotowaniu fizycznemu. Po górze dobrze się wspinało, bo jej ściana przypominała papier ścierny i bardzo łatwo było zachować na nim dobrą przyczepność. Tamtejszym linom poręczowym średnio można jednak ufać, bo ze względu na koszty nikt ich nie wymienia. Żeby jednak nie było tak kolorowo… są 2 miejsca, w których trzeba naprawdę uważać. Pierwsze to przepaść, którą należy pokonać, wykorzystując stalową linę rozwieszoną pomiędzy dwoma skałami. Patrzysz w dół i czujesz się, jakbyś stała na dachu wieżowca… Drugie miejsce jest jeszcze gorsze, bo przepaść ma formę szczeliny – na tyle wąskiej, że wystarczy jeden duży krok, by ją pokonać, ale na tyle szerokiej, że jeśli ten krok nie jest zdecydowany, można do niej spaść.

Góra Kościuszki, 2 228 m n.p.m

Kiedy jechać?

Teoretycznie, zdobycie Góry Kościuszki powinno być bułką z masłem. Pod warunkiem, że trafi się na dobrą pogodę. Ja do Australii poleciałam w kwietniu. Wtedy napływa tam zimne arktyczne powietrze, jest bardzo zimno i wietrznie, a na szczycie wszystko jest skute lodem. Byłam na to zupełnie nieprzygotowana.
Najlepszą porą na zdobywanie szczytu jest australijskie lato, czyli okres od listopada do marca.

O czym warto pamiętać?

  1. Komunikacja

Najlepszą formą przemieszczania się po Australii jest samochód. Odległości między miastami są duże, a komunikacja nie jest zbyt dobrze zorganizowana, dlatego warto wynająć samochód.

2. Pogoda

Góry Kościuszki nie wolno bagatelizować, zwłaszcza gdy zdobywa się ją w sezonie jesienno-zimowym.

3. Zdobycie szczytu

Droga na szczyt jest bardzo dobrze oznaczona – prowadzi na nią deptak. Nie ma zatem opcji, żeby zdobywając szczy zgubić się, nawet dużej mgle z pewnością trafimy na szczyt

ANTARKTYDA

Masyw Vinsona, 4 892 m n.p.m.

Kiedy jechać?

Na Antarktydę najlepiej jechać w lecie, które u nas przypada na grudzień-styczeń.

Co warto wiedzieć?

1. Transport

Na Antarktydę można się dostać na dwa sposoby: statkiem (zajmuje to bardzo dużo czasu) lub samolotem. Ja leciałam rosyjskim Iłem-76, obsługiwanym przez amerykańską agencję. Trzeba mieć też świadomość, że tej wyprawy nie da się zorganizować samemu: bez agencji, która Cię tam zawiezie, nic się nie zdziała.

Sam lot to spore przeżycie. Zanim wsiadłam do samolotu prowadzonego przez dwóch rosyjskich pilotów, musiałam wytrzeć buty do czerwonej wycieraczki z dziwnym, dezynfekującym płynem. Po co? Żebyśmy nie przywlekli na Antarktydę żadnego paskudztwa z Punta Arenas (z którego akurat leciałam) bądź jakiegokolwiek innego miejsca w Ameryce Południowej.

Żeby zrobić pasażerom instruktaż zapinania pasów, pilot osobiście wyszedł ze swojej kabiny schowanej za brudną, zieloną kotarą. Nade mną rozpościerały się kable, rury, łączenia. Jakaś metalowa skrzynka zwisała z sufitu tuż nad moją głową. Włączone silniki były tak głośne, że 4,5 godzinny lot bez zatyczek do uszu byłby mało komfortowy.

2. Union Glacier

Samolot wylądował na Union Glacier, tzw. niebieskim lodzie. Dookoła było biało, a powietrze było totalnie przejrzyste! Człowiek uświadamia sobie, że stoi w najbardziej surowym, nieznanym i odizolowanym miejscu na kuli ziemskiej. W miejscu, w którym na samą myśl o temperaturach latem (od -30 do -50°C) robi się chłodno. W oddali widać początek pasma gór Ellswortha, w których położony jest najwyższy szczyt Antarktydy – Mt Vinson. Zdejmowanie okularów nie jest dobrym pomysłem. Na niebie nie ma ani jednej chmurki. Słońce wydaje się tu być większe, a jego działanie z pewnością silniejsze, co odczułam już po kilkunastu minutach.

Po wylądowaniu trafiłam do amerykańskiej bazy. Base Camp jest niczym małe miasteczko na środku lodowca o długości 89 km. Są tu: prysznic z ciepłą wodą, toalety, wypożyczalnia nart i biegówek, rowery, którymi można przemieszczać się po dużym obszarowo obozowisku i dwa wielkie namioty, w których toczy się międzynarodowe życie. Na terenie obozu znajduje się lądowisko awionetek i cały zespół ludzi oraz sprzętu do jego obsługi. Ten tłum mocno mnie rozczarował, bo wyobrażałam sobie to miejsce jako oazę spokoju. Tymczasem to świetnie naoliwiona maszyna, która pracuje bez przerwy.

3. Jasno, jasno, jasno

Pierwsza noc na Antarktydzie nie należała do udanych. Za jasno, żeby spać z głową na zewnątrz śpiwora, za duszno i za ciepło, żeby się do niego schować. Prawie całą dobę widać tu słońce na horyzoncie.

4. Lot do Base Campu

Z Union Glacier czekał mnie kolejny lot – do Vinson Base Campu. To ok. 45 minut awionetką. Tam nocowałam, a następnego dnia spakowałam sanki i ruszyłam w drogę.

Wejście na szczyt

O Masywie Vinsona mówi się, że to takie lajtowe Denali. Faktycznie, choć jest tu bardzo zimno, techniczne góra jest bardzo prosta. Pierwsza część trasy to delikatny wznios. Z II do III obozu prowadzi lina poręczowa. W IV obozie jest już bardzo zimno i wietrznie. To też miejsce, z którego podejmuje się atak na szczyt.
Wejście na szczyt trwało kilka godzin. Najpierw szłam po delikatnym nachyleniu, w terenie bardzo nasłonecznionym, osłoniętym od wiatru, więc zwykła czapka i kurtka były wówczas wystarczające. Choć cel mojej wyprawy widziałam szybko, na szczyt trzeba było iść trochę dookoła, bo strona, na którą patrzyłam, to praktycznie pionowa ściana. Ostatnia część trasy wystawiona jest na działanie wiatru, który bardzo potęguje odczuwalne zimno. Zdjęcie rękawiczek na dłużej niż 30 sekund (choćby po to, żeby cyknąć zdjęcie) jest niebezpieczne. Ale widoki były bajeczne, a powietrze nieprawdopodobnie klarowne.

Zdjęcia: Siła Marzeń – Miłki Raulin

Zapraszamy również na blog Miłki Raulin.

Aktywna Redakcja

Aktywna Redakcja

W roli głosu redakcyjnego będziemy zadawać pytania, robić wywiady z inspirującymi ludźmi, informować o ciekawych eventach i tworzyć treści przy współpracy ze specjalistami z danej dyscypliny.
Copyright © 2018 Profil Aktywny. All rights reserved. Portal sponsorowany przez Grupę Kapitałową Martes Sport.
Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.