Jeździmy freeride na Chopoku

Jeździmy freeride na Chopoku

Stoję na nartach od 22 lat, od kilku pracuję w branży i mogę powiedzieć, że tak ciepłej i suchej zimy jeszcze nie widziałem. Dlatego na wieść o tym, że na Chopoku w końcu sypie, a żleby są przejezdne, spakowaliśmy narty i pojechaliśmy w Niskie Tatry na freeride.

Jazda poza trasą ma różne oblicza. Na przykład na Pilsku to medytacyjne przemierzanie zalesionych zboczy, a w górnych partiach pól śnieżnych tworzących się na zasypanej kosodrzewinie. Pilsko, czyli drugi najwyższy szczyt Beskidów (1557 m.n.p.m.), ma wśród rodzimych riderów status „świętej góry”. Zimą po każdym opadzie ustawiają się tu kolejki osób na szerokich nartach lub snowboardach, którzy przyjeżdżają nawet z drugiego końca Polski, żeby posmakować jazdy w puchu. Idzie o zabawę i kontakt z naturą, gdyż przebywanie w środku pokrytego śniegiem lasu ma w sobie coś magicznego. Pilsko to Narnia.

Strome żleby, wywiany śnieg

Z Chopokiem (2024 m.n.p.m.) jest już trochę inaczej. Rodziny czy fani ścigania znają go z długich, bo nawet pięciokilometrowych, aczkolwiek często zlodzonych tras. To największy ośrodek narciarski w tej części Europy i dobra alternatywa dla tych, którzy za daleko mają w Alpy czy Dolomity. Więcej o samej stacji możecie przeczytać w jednym z poprzednich artykułów.

Jego wysokość Chopok. Król z Niskich Tatr
Czytaj dalej →

Jazda poza trasą w tym miejscu to już zupełnie inna para butów. Rzeczywiście, przy bardzo dobrych zimach (srogie opady, mniej wywiewającego świeży śnieg wiatru) po stronie południowej znajdą się i łatwiejsze zjazdy po polach śnieżnych. W zimy takie jak obecna pozostaje liczyć na przejezdność żlebów, czyli bardzo stromych zjazdów z grani, często biegnących pomiędzy skałami. W tym wypadku samodzielnie wybieramy linię i decydujemy o ryzyku, jakie ponosimy. Tu wiatr operuje na naszą korzyść – w żlebach śniegu jest więcej, ponieważ ten kumuluje się w zagłębieniach.

Warto wspomnieć, że Chopok jest bardzo przyjazny freeriderom – dozwolona jest prawie każda możliwa linia w pobliżu. Nie wolno działać w obszarze największego w paśmie Niskich Tatr Dżumbiera, jednak w najbliższym otoczeniu góry wolno prawie wszystko. Zupełnie inaczej niż np. w naszych Tatrach czy na Babiej Górze. Słowacja ma bardzo rozwiniętą kulturę górską i jazda poza trasą jest tu bardzo popularna. Podobnie jak w największych alpejskich stacjach świeży śnieg jest rozjeżdżony już po kilku godzinach po opadzie.

Safety first

Nasz dzień rozpoczynamy od zakupu dodatkowego ubezpieczenia za 1,6 euro w kasie. Jeśli chcesz operować poza trasą, powinieneś je mieć, gdyż akcje horskiej zachrannej służby są płatne, a nie chcesz się przekonać, ile kosztuje lot śmigłowcem.

Sprawdzamy też sprzęt lawinowy. To plecak z airbagiem, czyli poduszką powietrzną, która w razie W ma za zadanie utrzymać nas na powierzchni lawiny oraz tzw. ABC. Nadajnik wskazuje naszą pozycję i w wypadku przysypania jest jedynym źródłem wiedzy o naszej lokalizacji dla towarzyszy wyposażonych w podobny sprzęt (wówczas nadajnik przestawia się w tryb odbioru). Ci mają 15 minut, aby nas zlokalizować, potwierdzić naszą pozycję (do tego służy sonda) i odkopać.

Ze śniegiem w wysokich górach nie ma przelewek. Ten sezon rozpoczął się od tragicznej wiadomości o śmierci 23-latka w teoretycznie najłatwiejszym, tzw. szkolskim żlebie. Jego partnera śnieg rzucił na skały, narciarz odniósł liczne obrażenia i nie mógł uratować towarzysza.

Szkolski żleb to potężny kocioł o dużym nachyleniu, jest jednak zdecydowanie krótszy i łatwiejszy od większości pozostałych opcji. Jednak nie wolno dać się zwieść pozorom. Warto też sprawdzać poziom zagrożenia lawinowego – komunikaty znajdują się prawie na każdej tablicy z mapą, a także przy wyjściu z głównej kolei. My zastaliśmy dwójkę w pięciostopniowej skali.

No to w drogę

Niestety, wbrew optymistycznym prognozom trafiliśmy na fatalną pogodę. Rano w żlebach panowało mleko, czyli spowijająca wszystko gęsta mgła. W takich warunkach nie było mowy o jakichkolwiek działaniach, dlatego poszliśmy na herbatę. Przez godzinę Marek opowiadał mi o różnych opcjach, które są do zjechania w Wysokich Tatrach, głównie jednak narzekaliśmy na fatalną zimę i wspominaliśmy lepsze, bardziej śnieżne czasy. Pamiętamy taką zimę, w trakcie której Chopok pokrył się grubą pokrywą śnieżną już początkiem grudnia. Taką, której nie ma i już nie będzie w tym sezonie. „Panie, kiedyś to było”.

Warto zaznaczyć, że wyjątkowość Chopoka polega na tym, że koleje wjeżdżają tu na sam szczyt i do wielu opcji możemy się dostać albo prosto z gondoli, albo za sprawą krótkiego dojazdu i podejścia. Dzięki temu w ciągu dnia jesteśmy w stanie zjechać parokrotnie, koncentrując się na jeździe, a nie mozolnym wchodzeniu czy wspinaczce. Atutem jest też łatwość odjazdów ze żlebów – bez problemu wrócimy do tras i wyciągów dolinami, choć oczywiście po raz pierwszy najlepiej pojechać z kimś, kto był już w tym terenie.

Żleby opadają od północnej, wschodniej i zachodniej strony, po obu stronach gondoli prowadzącej na szczyt. Możliwości zjazdu jest bez liku, a na początkujących czeka świetnie opracowany przewodnik w formie książeczki, którą za darmo można dostać we Freeride Center w Jasnej. Można go również pobrać stąd.

Jedziemy!

Po krótkim rekonesansie stwierdzamy, że jazda w żlebach północnych jest niebezpieczna i bez sensu. Jakikolwiek świeży śnieg został wywiany, a wjazd na ścianę w takich warunkach wiąże się ze sporym ryzykiem. To tu znajdują się szczyty Dereszy oraz najtrudniejsze, oznaczone czarnym kolorem zjazdy freeridowe na całym obszarze Chopoka.

Pozostawiamy żleby południowe. Decydujemy się na żleby o ekspozycji wschodniej, wśród których znajduje się chyba najpopularniejszy na całym Chopoku żleb meteorologów. Wjazd do niego znajduje się tuż za ramką, przy której turyści robią sobie zdjęcia z widokiem na panoramę Tatr (przy dobrej pogodzie widok jest fenomenalny).  

Ściana wschodnia wydaje się być najczęściej uczęszczaną na Chopoku. Tu odbywają się prestiżowe zawody Freeride World Qualifier, będące przepustką do startów we freeridowym „pucharze świata”, czyli Freeride World Tour. Zawody te, w zależności od rangi i skali trudności, oznaczone są gwiazdkami w pięciostopniowej skali. Te na Chopoku mają ich aż 4.

To u wystartuje łodzianka Zuza Witych, która z powodzeniem rywalizuje o awans do freeridowej elity. Póki co zajmuje pierwsze miejsce w kwalifikacjach, a przed nią zawody na Chopoku właśnie (13-15 marca) i w szwajcarskim Nendaz. Trzymamy kciuki i na pewno będziemy wtedy na miejscu!

Tego samego dnia jedziemy jeszcze żleb obok oraz przesmyk tuż obok żlebu szkolskiego. Marek dorzuca do tego zestawu jeszcze zjazd dziewczyńskim, czyli drugim ze stosunkowo łatwych w obszarze Chopoka (ekspozycja zachodnia).

Freeridowy lifestyle

Co takiego najbardziej lubię w jeżdżeniu żlebów na Chopoku? Chyba poczucie wolności, gdy po wymagającym zjeździe dostarczającym adrenaliny znajduję się w dolinie otoczony górami i tatrzańską przyrodą, z dala od kolei i zatłoczonych tras. Pikniki ze znajomymi, spośród których wielu widuję tylko w trakcie sezonu.

Bywa naprawdę pięknie!

Na Chopoku nie jest tanio, ale istnieje świetny sposób, by jeździć często bez rujnowania portfela. To całosezonowy skipass, tzw. sikovna sezonka, który zwraca się już po ok. 7 dniach na miejscu (ceny są dynamiczne jak w liniach lotniczych). Posiadacze karnetów często spotykają się poza trasami, wcześniej oferując sobie podwózki albo wspólne działanie na internetowych grupach. Dzięki temu z czasem stworzyła się społeczność, a ludzie dobrze się znają.

Jest wyjątkową rzeczą spotkać tu dawno niewidzianego znajomego, a następnie wspólnie pojechać do żlebu. Pamiętaj jednak o bezpieczeństwie. Sprzęt lawinowy to konieczność (można go wypożyczyć), a zjazd żlebem wymaga co najmniej dobrych umiejętności narciarskich. Pamiętaj też, że bawisz się na własne ryzyko. Have fun!

Dominik i Marek

Dominik Łaciak

Od ponad 20 lat jest w trudnym (dla swojej kieszeni) związku z narciarstwem. W górach spędza ponad 40 dni w roku – jako pasjonat, pilot i instruktor narciarstwa. Najczęściej spotkacie go na Chopoku i Pilsku. Dominik praktycznie od zawsze lubił jeździć na nartach, ale kiedy poznał narciarstwo pozatrasowe, przepadł na dobre. Na całe szczęście, dzięki pracy instruktora, może łączyć przyjemne z pożytecznym i w górach spędzać znaczną część roku. Dominik to zresztą nie tylko praktyk. O narciarstwie pisze, narciarstwo fotografuje i filmuje. O swojej pasji opowiada m.in. na mikroblogu: https://www.facebook.com/dlaciak/.

Mogą Ci się spodobać

Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.
Zgadzam się